Relacja Aleksandra Praduna

[...]
      W poniedziałek o świcie rozległa się strzelanina z pobliskich leśnych ostępów. Ludzie w panice zaczęli uciekać w stronę Jagodzina do stacji kolejowej. Strzelający długimi seriami z broni maszynowej wzięli w krzyżowy ogień biegnących równiną Polaków. Chcieli ich w ten sposób zatrzymać. W tym samym czasie za wsią ukazali się jeźdźcy , którzy zawracali uciekających.
      Biegłem razem z mamą. Znaleźliśmy się w bruzdach ziemniaczanych około 400 metrów od budynków. Leżąc, rozmawialiśmy, że gdy przestaną strzelać, to będziemy dalej uciekać, aż do Jagodzina. O tej porze roku na polach nie było już żadnych zbóż. Dlatego też zostaliśmy dostrzeżeni przez Ukraińców jadących na koniach. Jeden z nich podjechał do nas. W ręku trzymał karabin, a na piersiach miał zawieszone taśmy z amunicją. Powiedział do nas: " Wstawajte i ne utekajte. Idyte do syła, tam bude subranie".
      Wróciłem z mamą do domu. W Ostrówkach wyszliśmy na szosę, gdzie zobaczyliśmy grupki ludzi radzących, co robić dalej. Jedni mówili, że Ukraińcy spędzą nas i wymordują, inni, że to niemożliwe, bo bulbowcy podchodzili i grzecznie zapraszali na zebranie do szkoły, a potem odchodzili, jakby nic złego nie miało się stać.
      Powróciliśmy na nasze podwórko, gdzie zastaliśmy Stacha Kruka, mojego wujka, ojca i Józefa Muzykę. Naradzali się, co począć dalej. Za stodołą około 200 metrów od budynków, na drodze, która prowadziła do Jagodzina, stała furmanka zaprzęgnięta w dwójkę koni. Siedział na niej furman, a obok przy ciężkim karabinie maszynowym czuwało dwóch bulbowców. Gdy usłyszałem rozmowę, zrozumiałem, że wujek ma karabin. Józef Muzyka namawiał go, żeby przyniósł broń. Zamierzali z zaskoczenia zaatakować Ukraińców, a po ich likwidacji uciec furmanką. Gdy się tak naradzali, z szosy skręciło do nas dwóch napastników. Jeden zapytał mamę, czy może poczęstować się makówkami, które leżały na daszku. Mama pozwoliła. Wziął więc kilka, podał drugiemu i razem podeszli do nas. Byli uzbrojeni w pistolet maszynowy i karabin. Zachowywali się swobodnie. Pytali, dlaczego się boimy. Mówili, żeby bez obaw iść do szkoły na zebranie, gdyż mają ważne sprawy do omówienia: "Pośla my pójdemo rwaty na żeloznoj puti". Pogadali jeszcze chwilkę i poszli. Po odejściu Ukraińców znów zaczęła się dyskusja, że można było tych dwóch sprzątnąć. Zabrakło jednak jedności. Niektórzy mówili, że może nic złego nie będzie. Nie słychać przecież, żeby kogoś zabili. "Tak grzecznie obchodzą się ze wszystkimi" - mówiono. Po pewnym czasie wszyscy rozeszli się na swoje podwórka. Ojciec poszedł do stryjecznego brata, Łukasza Praduna. Ja z mamą zostaliśmy koło domu. Widzieliśmy, jak niektórzy ludzie szli do szkoły na zebranie. Bulbowcy wciąż chodzili po wsi i zapraszali na zebranie.
      Około godziny 9 Ukraińcy stali się bardziej natrętni. Każdego napotkanego Polaka siłą odprowadzali do szkoły. Zwróciło to uwagę pozostałych, którzy zza opłotków obserwowali wydarzenia we wsi. Wówczas zaczęli się chować, gdzie kto mógł. Zacząłem prosić mamę, żeby wejść w mieszkaniu pod podłogę. Podłoga była tylko w komorze, w izbach mieszkalnych było klepisko. Mama zaczęła mówić, że jak się schowamy, to ojciec po powrocie do domu nie będzie wiedział, co się z nami stało, i będzie nas szukał. Ojciec jednak nie wracał i pomyśleliśmy, że może zabrali go na zebranie. Później okazało się, że ojciec, Łukasz Pradun z żoną i dziećmi: Antkiem, Felkiem, i Jankiem ukryli się pod słomą. Ukraińcy szukali schowanych ludzi w budynkach. Kłuli też bagnetami słomę koło Janka. Przerażony chciał krzyknąć, ale zatkano mu usta i tak ocaleli.
      Stałem jeszcze chwilę z mamą i namawiałem ją, żeby się ukryć, ale odpowiedziała mi, że pójdziemy bliżej szkoły, do ciotki Trusikowej. "Co będzie ludziom, to i nam" - podsumowała. Myślałem dobrze, ale musiałem posłuchać się mamy, gdyż miałem wtedy niecałe 13 lat.
      Ciotki nie było w domu, bo poszła do szkoły na zebranie. Do jej zabudowań Ukraińcy nikogo nie wpuszczali. Były to budynki ściśle do siebie przylegające, zwarte w czworobok. Dwie stodoły, obora, szopa i duża brama kryta deskami - czyli tzw. okólnik. Wewnątrz był duży plac. Jak się później okazało, bulbowcy właśnie ten plac wybrali na miejsce kaźni.
      Nie zastawszy ciotki poszliśmy do szkoły. Na placu szkolnym było dużo spędzonych ludzi, przeważnie kobiet z dziećmi i staruszków. Młodzież i mężczyźni byli w szkole. Tych, których przyprowadzono, wpuszczano do środka, ale na zewnątrz nie wypuszczano nikogo. Z placu też trudno było odejść, gdyż bulbowcy pilnowali z każdej strony. Ludzie byli przestraszeni i zdeterminowani. Niektórzy próbowali ucieczki, ale tylko nielicznym się udała. Widziałem, jak ktoś przebiegł przez łąkę Kloca do zabudowań Dąbrowy, ale zaraz nastąpił strzał. Przerażeniu ludzie zaczęli mówić, że został zabity jakiś mężczyzna i wówczas wszyscy zrozumieli, po co zostaliśmy zwołani. Był to pierwszy mord dokonany na oczach ludzi.
      Na placu szkolnym zobaczyłem brata Staśka. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, podeszła do nas mama i zapytała, czy nie widział ojca. Niestety, nie miał żadnych informacji o nim. Zaczęliśmy z mamą namawiać brata do ucieczki. WE tym momencie zobaczyliśmy, jak przez łąkę Kloca przechodził Czesiek Kuwałek, kolega brata. Szedł w kierunku zabudowań . I znów zaczęliśmy go namawiać, żeby gdzieś się skrył. Mama mówiła: "Patrz, Czesiek poszedł i nie było strzału. Widocznie nie zauważyli. Idź wolno, jeśli zobaczą, to zawrócą". Ale brat nie posłuchał naszych rad i poszedł do szkoły. Już go więcej nie zobaczyliśmy.
      Wokół szkoły zaczął zaciskać się pierścień Ukraińców. Siłą zapędzili mężczyzn i młodzieńców do szkoły. Kobiety, dzieci i starców pozostawili na placu. W tym momencie wyszła ze szkoły Blatowa ze swym synkiem. Stanęła przed zebranymi i powiedziała: "Ludzie, już wiemy, po co nas zwołali, klękajmy i módlmy się". Wszyscy uklękli, a ona zaczęła pieśń " Pod Twoją obronę". Po krótkich modłach padł rozkaz przejścia z placu szkolnego w pobliże kościoła. Niektóre kobiety i dzieci zaczęły płakać. Droga z placu do kościoła wynosiła około 200 metrów. Była obstawiona po obu stronach bulbowcami. Niektórzy z nich byli z psami. Trzymali na smyczy wilczury i szczuli nimi ludzi. Psy wyrywały się i mocno szczekały. Ludzie zaczęli krzyczeć, a bulbowcy śmiali się i krzyczeli: "Beri Lachiw". Po drugiej stronie ulicy, za szkołą stała grupa ukraińskich chłopów. Byli uzbrojeni w siekiery. Pijani, śmiali się głośno. Musieli to być główni oprawcy. Starsi mówili, że to oni będą nas mordować.
      Kiedy zapędzono nas do kościoła, zamknięto za nami drzwi i nagle rozległy się wokoło wybuchy, jakby eksplozje granatów. To też musiało być na postrach, bo do wnętrza kościoła nic się nie dostało. Ludzie zaczęli modlić się i śpiewać. Niektórzy powchodzili na chór. Widziałem, jak ktoś wszedł na strych. Prawdopodobnie przeżył.
      Dobrze znałem obejścia w kościele, bo służyłem do Mszy św. Zacząłem mówić mamie, by odstawić płótno przy wielkim ołtarzu i schować się. Był tam obszerny grób z podobizną Pana Jezusa. Bez trudu pomieściłby cztery osoby. Mama odpowiedziała, że w kościele nie ma gdzie się ukryć. Powiedział też po raz drugi, że: "Co będzie ludziom, to i nam".
      Po około godzinie otworzyły się frontowe drzwi i do kościoła zajrzało kilku bulbowców. Skierowali w naszą stronę trzymaną w rękach broń i kazali nam wychodzić. Przestrzegali także przed próbą ucieczki. Po wyjściu na zewnątrz zobaczyliśmy, że ulica z kościoła do szkoły jest obstawiona. Bulbowcy stali jeden przy drugim z bronią gotową do strzału w ręku. Byli bardzo podenerwowani. Niektórzy pytali między sobą, gdzie nas popędzą i dlaczego tak nagle wszystko się dzieje.
      Doszliśmy do szkoły. W kilku miejscach zaczęła palić się wieś. Płonął też okólnik Trusiuka - czyli zabudowania ciotki. Ciotka była z nami, bo gdy ludzie zrozumieli, co ich czeka, zaczęli grupować się rodzinami. Chcieli być blisko siebie. Wówczas ciotka powiedziała do mamy, że widziała, jak w jej zabudowaniach coś kopano. Mówiła, że to na pewno dół dla mężczyzn, bo szkoła była pusta, a drzwi pootwierane. "Teraz podpalili, żeby śladu nie było" - i zaczęła mocno płakać. Jej syn, Jan Trusiuk zakopał się w słomie w stodole. Bała się, że spali się żywcem.
      Ukraińcy zaczęli pędzić nas groblą, która prowadziła koło cmentarza ku Woli Ostrowieckiej. Droga była obstawiona bulbowcami. Stali co kilkanaście metrów. Krzykiem i biciem popędzali nas do szybszego marszu. Gdy byliśmy na grobli, usłyszeliśmy strzelaninę od strony Borowy. Strzelano z broni maszynowej. Kule świstały jak rój pszczół ponad naszymi głowami. Słyszeliśmy też wybuchy i wnet za nami, około 200 metrów w lasku koło cmentarza, zaczęły rwać się pociski. Ludzie mówili, że to chyba Niemcy. Polacy się nie kryli, natomiast bulbowcy szli chyłkiem, niektórzy przypadli do ziemi i groźnie nawoływali do szybkiego marszu. Ktoś zaproponował, żeby wykorzystać sprzyjający moment i uciekać do wsi. Mówili, że wszystkich nie zabiją, a gnać za nami nie będą, bo się boją. Kilka osób zawróciło. Byli to w większości starsi mężczyźni. Nie uszli daleko, bo zaraz padły strzały, a oni osunęli się na ziemię. Może ta ucieczka udałaby się, gdyby wszyscy jednocześnie zawrócili i rozbiegli się po krzakach. Było to jednak niemożliwe, bo szły prawie same kobiety, w większości z małymi dziećmi na rękach. Cóż więc biedni mieliśmy począć. Zdaliśmy się na łaskę Bożą. Ciotka i mama mówiły, że najpierw wymordowali Żydów, a teraz przyszła kolej na nas. "My, to już my, ale te dzieciątka, tylko żyć. Jakich czasów doczekaliśmy, cóż komu jesteśmy winni" - rozpaczały. Bulbowcy miotali się, krzyczeli, popychali nas i bili. Ludzie starali się iść jak najwolniej, licząc na wybawienie ze strony dobiegającej strzelaniny.
      Tuż przed cmentarzem droga wchodziła w wąwóz. Po obu jego stronach było wysokie piaszczyste wzniesienie, które zasłaniało widok od strony zachodniej, skąd padały strzały. Gdy zrównaliśmy się z cmentarzem, niektórzy starsi ludzie nie chcieli iść dalej. Mówili: "Wiemy, gdzie nas pędzą i co nas czeka. Lepiej zostać na cmentarzu niż gdzieś w krzakach. Cmentarz to zawsze miejsce poświęcone". Po tych słowach kilka osób wyszło z kolumny, kierując się w stronę cmentarza. Starali się szybko przekroczyć jego bramę. Padły strzały i martwi osunęli się na ziemię. Nie znam ich nazwisk, bo nie można było się dowiedzieć, gdyż bulbowcy zaczęli strzelać. Bijąc i wrzeszcząc, zmuszali nas do szybkiego kroku.
      Byłem światkiem strasznej sceny. Stary organista Radoń szedł o krok od nas, trzymając pod rękę swoją żonę. Nagle wystąpili z kolumny i powiedzieli, że dalej nie pójdą, bo i tak nas zabiją, więc woli umrzeć na cmentarzu. Zdążyli tylko wejść za bramę, gdy padły strzały. Oboje upadli. Widziałem, jak konwulsyjnie wzdrygały się ich ciała. Patrząc na to wszystko, kobiety i dzieci zaczęły głośno płakać i krzyczeć z przerażenia.
      Za cmentarzem skręciliśmy w krzaki w kierunku lasu Kokorawiec, położonego na północny wschód od naszej wsi. Ludzie poruszali się powoli, mimo ciągłego popędzania do szybszego marszu. Mieli nadzieję na wybawienie przez Niemców. Im się jednak nie spieszyło. Jak się później okazało, byli to rzeczywiście Niemcy. Jechali niby na odsiecz, zagrożonym przez bulbowców mieszkańcom wsi: Ostrówki, Wola Ostrowiecka i Jankowce (Kąty były już wymordowane). Zamiast jechać bezpośrednio z Lubomla do Ostrówek, podążali okrężną drogą, przez Jagodzin, Wilczy Przewóz, Równo i Borowę. Gdy z daleka zobaczyli, że we wsi są jeszcze bulbowcy, zaczęli strzelać na postrach.
      Obejrzałem się za siebie parę razy. Ukraińcy z obstawy, którzy leżeli z bronią maszynową, zaczęli wycofywać się za nami. Popędzani, szliśmy wolno do przodu, bo już każdy wiedział, co z nami zrobią. Starsze kobiety i dzieci zrzucały z siebie cieplejszą odzież. Wiedzieli, że już nie będzie im potrzebna. Za idącą kolumną ludzi, okrążoną gęsto przez bulbowców, pozostawała szeroka droga zmiętego łubinu, ziemniaków i traw, na której leżała porzucona odzież. Szliśmy na przełaj, z krzaków wychodziliśmy na pola i odwrotnie. Widok był przerażający.
      Kiedy znaleźliśmy się w połowie drogi między cmentarzem a miejscem kaźni, zarządzono postój. Spędzono nas w jedną grupę. Starsi i matki z dziećmi na ręku zaraz posiadali na ziemi, aby trochę odpocząć. Bulbowcy stali wokoło nas. Było ich dużo, patrzyli na nas jak sępy na swą zdobycz. Broń trzymali gotową do strzału. Niektórych Ukraińców rozpoznawano. Pochodzili z Huszczy i Przekurki. Starsi ludzie znali ich i ich rodziców. Zaczęli więc pytać, co z nami zrobią, dokąd nas pędzą i za co chcą nas mordować. Patrzyli na nas jak wilki i odchodzili na bok. Jeden z bulbowców stał naprzeciw nas. Poznała go matka mego stryja, Łukasza Praduna. Według niej pochodził z Przekurki. Zapytała go po imieniu i nazwisku: "Za co będziesz nas zabijać. Twoich rodziców znam dobrze, żyliśmy w zgodzie". Popatrzył na nią, rozejrzał się nieznacznie i odpowiedział: "Ja was byty ne budu". Staruszka rzekła: "Ale drudzy wybiją", a on na to: "To ja wrze ne znaju, ja toże muszu buty z nemi, takij rozkaz" i odszedł.
      Postój był krótki, może 5 minut. Z krzykiem kazano nam wstawać. Zaczęli nas pędzić dalej w stronę Sokoła, bliżej lasu Kokorawiec. Szliśmy polem obsianym łubinem. Był dość wysoki. Nagle zauważyliśmy, że obok nas leżał w łubinie młody chłopiec - Edward Soroka. Starsi go znali, ja też z widzenia. Pochodził z Woli Ostrowieckiej. Uciekł ze wsi przed bulbowcami i tutaj się ukrył. Kryjówka była dobra, ale nasz przypadkowy kierunek nie ominął go. Leżąc na wznak w łubinie, położył palec na ustach i patrząc na nas pokazał, aby się nie oglądać i nie patrzeć na niego. Obok gęsiego szli bulbowcy z obstawy. Ludzie, którzy go widzieli, mówili po cichu innym, żeby się nie oglądali, że może Bóg da, chłopaka nie zauważą i przeżyje. Przeszliśmy, a on pozostał. Okazało się później, że niezauważony ocalał.
      Odeszliśmy z tego miejsca może z kilometr i dotarliśmy do niedużej polanki koło lasu, otoczonej z trzech stron olszyną. Tylko od wschodu było nieduże pole, na którym rósł łubin. Na tej polance znów nas zatrzymali, a wśród bulbowców powstało ożywienie. Na uboczu stało kilku Ukraińców lepiej ubranych. Mieli przy sobie krótką broń. Musiała to być starszyzna. Przez krótką chwilkę radzili. Po naradzie postanowili dalej nas nie pędzić, ale tu wymordować. Tak też się stało.
      Było nas dużo, bo wszystkie kobiety z Ostrówek, dzieci do lat 15, kilku dziadków i część kobiet z Woli Ostrowieckiej. Byliśmy obstawieni gęsto przez bulbowców. O ucieczce nie było mowy. Ludzie stali, niektórzy z dziećmi na ręku siedzieli, bo było im ciężko je utrzymać. Modlili się, bo już było wiadomo, że na tej polance rozegra się tragedia. Po krótkiej chwili padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie grubszą odzież. Ukraińcy krzyczeli, by wychodzić na środek polany po 10 osób. Początkowo nikt nie chciał dobrowolnie iść na śmierć. Powstał płacz, lament i błagania, aby nas puścili, bo nikomu nic złego nie zrobiliśmy. Ale oni nie słuchali, tylko robili się coraz bardziej wściekli. Rzucili się na nas jak mocno wygłodzone zwierzęta i zaczęli wyciągać z tłumu stojących z brzegu. Schwytani zostali odprowadzeni na środek polany, gdzie kazano im kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Następnie zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my musieliśmy na tę tragedię patrzeć. Po chwili wszyscy bulbowcy rzucili się na nas. Było im widocznie pilno, bo każdy odrywał z grupy parę osób i rozstrzeliwał na środku polany. Ludzie, lamentując, żegnali się ze sobą. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami. Tak odchodzili z tego świata. Ja, mama, ciocia i bliżsi znajomi byliśmy razem w grupie, wciąż odwlekając moment rozstania się z tym światem. Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie byli nieraz trafieni niecelnie. Zranieni podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy popędzonej na miejsce kaźni po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia, i zaczęła mocno krzyczeć: "Mamo, mamo", ale matka już nie żyła. Widząc to Ukrainiec podniósł karabin i strzelił do niej. Dziewczynka upadła, ale natychmiast poderwała się i, krzycząc, zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znów strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany Ukrainiec podbiegł do niej i dobił ją kolbą karabinu. Ludzie na ten widok odwracali się z płaczem. I tak, grupę po grupie, wyciągali i zabijali. Tworzył się duży krąg, gdyż kazali kłaść się jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo, głośno krzycząc, coraz szybciej wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów.
      Mama, ja, ciotka Trusiukowa, moja babcia Maria i ciotka Wikta z małym dzieckiem byliśmy razem. Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, bo po co mają nas szarpać i tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się z sobą i z najbliższymi. Z płaczem i z okropnym żalem, że trzeba opuszczać ten świat, oddaliśmy się w ręce oprawców. Popędzono nas w miejsce kaźni. Bulbowcy krzyczeli: "Lachajte Lachy chutko" - szybko kładźcie się Polacy. Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie. Płakała i mówiła jakby do siebie: "Tyle dzieci wybiją, cóż one są winne". Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem się zupełnie nieswój, obojętny z przestrachu. Kładąc się obok siebie , półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję, a ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Padły strzały z lewej i z prawej strony. Leżałem prawie w samym środku. Strzały zaczęły zbliżać się ku mnie. Zrobiło mi się mocno żal. Pomyślałem, że mam dopiero 13 lat, a tu za chwilę czeka mnie śmierć.
      Bliziutko padł strzał i poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, bo słyszałem mocne chrapanie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że we mnie wszystko ustaje. Następny strzał padł w mamę. Ziemia rozbryzgła się po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku ku lewemu policzkowi. Usłyszałem chrapanie i poczułem raptowny skurcz ciała. Ręka mamy przycisnęła mnie mocniej do siebie, ale tylko na chwilę. Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie chrapanie, ale tym razem z prawej strony. Zbiciem serca oczekiwałem na następny strzał, tym razem we mnie, ale strzały zaczęły się oddalać. Po chwili zapadła cisza i usłyszałem, że w naszych nogach Ukraińcy układają następne ofiary. Kiedy wystrzały dobiegły z tyłu, troszeczkę mi oddało. Zacząłem w duchu modlić się i Pana Boga o przeżycie tego potwornego ludobójstwa.
      Krótko to wszystko trwało, bo Ukraińcy rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy między trupami i słyszałem błagania, lamenty, pisk zabijanych dzieci. Myślałem, że nie wytrzymam i zerwę się do ucieczki, ale po chwili przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, to zabiją mnie na miejscu.
      W czasie układania się na pobojowisku, nikt nie wybierał sobie miejsca. Każdy kładł się, gdzie popadło. Leżąc wśród trupów poczułem nagle, że wciska mi się na wysokości żołądka zmurszały pniaczek. Najgorsze było to, że znajdowały się w nim czerwone mrówki. Pień uciskał tak dokuczliwie, że zaczęło mi brakować powietrza, a mrówki rozlazły się po twarzy. Zacisnąłem powieki i zamknąłem usta, ale po chwili musiałem je otworzyć, by nabrać powietrza. Nie mogłem głęboko oddychać, bo to zdradziłoby mnie. Myślałem, że nie wytrzymam - brak normalnego oddechu, mrówki i okropny strach przed śmiercią. Gehenna. Instynkt nakazywał cierpieć, aby nawet najmniejszym poruszeniem nie zdradzić, że żyję. Leżałem, cierpiałem i słuchałem, co się wokoło dzieje. Trwało to około godziny. Naraz ustały krzyki, płacz i tylko od czasu do czasu padł strzał. Ukraińcy rozmawiali między sobą głośno: "O dywysia, tsmtoj szcze żywe, dobej". Leżałem w tym pobojowisku i prosiłem Boga, aby mnie nie wykryto. O chwili nastała zupełna cisza, tylko jakiś bulbowiec zawołał: "No cłopcy, idemo. Ot dywyte, tut morda polska leżyt". Nastąpiło ożywienie miedzy nimi. Zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tamtej strony cichnące odgłosy. Leżałem jeszcze dłuższą chwilę. Była grobowa cisza, bo nawet ptactwo, wystraszone strzałami, nie dawało żadnego głosu. Chciałem wstać i uciekać, ale bałem się, że Ukraińcy z ukrycia patrzą, czy ktoś nie przeżył. Leżałem więc dalej, a mrówki gryzły mnie po całym ciele.
      Upłynęło około pół godziny. Nadal panowała niczym nie zakłócona cisza. Podjąłem decyzję. Postanowiłem ostrożnie podnieść głowę i spojrzeć przed siebie, by zobaczyć, co dzieje się na placu zbrodni. W dodali dostrzegłem, że jakaś kobieta ucieka w pobliskie krzaki. Opuściłem głowę z powrotem i słuchałem, czy nie będą za nią strzelać, ale nadal była cisza. Leżałem jeszcze chwilę i postanowiłem wstać i uciekać.
      Po raz drugi pomalutku podniosłem głowę, spojrzałem na trupy i zobaczyłem, jak wstaje kobieta z dwojgiem dzieci. Złapała dziewczynkę i chłopczyka za rączki i pobiegła w krzaki. Nasłuchiwałem, czy nikt nie będzie strzelał. Panowała cisza. Po raz trzeci podniosłem głowę i popatrzyłem na mamę i ciotkę. Leżały martwe. Mama miała oderwany kawałek czaszki. To jej mózg rozlał mi się po karku i twarzy. Bóg zaślepił wzrok Ukraińców, bo zobaczywszy mnie zalanego krwią i mózgiem pomyśleli, że jestem zabity. Wstałem i powiedziałem półgłosem: "Kto żyw, niech ucieka". Odbiegłem około 50 metrów od pobojowiska i skryłem się w łubinie. Położyłem się z brzegu, ale tak, by nie być widocznym i zacząłem rozglądać się po polanie i po trupach. Zobaczyłem, że ktoś wstał i zaczął biec w moją stronę. Był to mój brat cioteczny, Paweł Jesionczak. Podniosłem się nieco i zacząłem machać ręką. Podbiegł i położył się obok mnie. Po chwili dostrzegliśmy kobietę z dzieckiem uciekającą w kierunku zarośli. Zaczęliśmy się ostrożnie czołgać w stronę krzaków. Gdy byliśmy parę kroków od nich, szybko w nie wskoczyliśmy. W zaroślach spotkaliśmy kobietę, która wcześniej przybiegła z dwojgiem dzieci. Dołączyliśmy do niej. Płakała i mówiła, że nie wie, jak sobie poradzi z malutkimi dziećmi. Chłopak był nieco starszy od dziewczynki. Przekonaliśmy się, że musimy się dostać do Jagodzina.
      Z pobojowiska ocalała też, ranna w głowę, Janina Kuwałek (po mężu Martosińska). Opowiadała później, że ciotka Wikta była ciężko ranna i poprosiła ją o pomoc, ale ona osłabiona nie mogła jej nawet podnieść z ziemi. Pozostawiona bez pomocy wkrótce zmarła.
      Wzięliśmy dzieci na plecy i zaczęliśmy powoli i ostrożnie iść. Doszliśmy do Ostrówek. Usiedliśmy w krzakach i rozglądaliśmy się. Przed nami było piaszczyste pasmo, zwane Borowiną, z rzadka porośniętą jałowcem. Zobaczyłem, jak od strony wsi, między jałowcami szedł szybko mężczyzna, niosąc coś na plecach. Kierował się w stronę Sokoła. Musiał to być Ukrainiec, który przyszedł po łup. Cofnęliśmy się głębiej w krzaki i patrzyliśmy, czy nie ma ich więcej. Poczekaliśmy chwilę i zaczęliśmy ostrożnie, od krzaka do krzaka, pokonywać odkryty teren. Na skraju zarośli, w tzw. Borku, zatrzymaliśmy się. Widzieliśmy stamtąd Ostrówki. Wieś paliła się. Nie było widać ludzi, chodziły tylko krowy i konie. Z daleka dobiegało wycie psów. Zwróciliśmy się do kobiety, żeby tu zaczekała, a my pójdziemy bliżej wsi i zobaczymy, jaka jest sytuacja (byliśmy od niej około 500 metrów, w stronę Lubomla). Umówiliśmy się, że gdy będzie wszystko dobrze, to wrócimy i pójdziemy dalej razem. W przypadku niebezpieczeństwa miała ukryć się z dziećmi w krzakach.
      Ostrożnie doszliśmy do skraju zarośli. Rzekłem do Pawła: "Idziemy, ale nie razem. Ja pójdę pierwszy i pilnie patrz wokoło. Jeśli coś zobaczysz, krótko gwizdnij. Jeżeli ktoś będzie biegł w moim kierunku, krzyknij i uciekaj. Gdy będzie cisza i spokój, przebiegnę ze 100 metrów i położę się. Będę obserwował, a ty chyłkiem dobiegniesz do mnie. I tak na zmianę. Uścisnęliśmy sobie ręce, spojrzeliśmy w oczy i wyszedłem z ukrycia. Rozejrzałem się i zacząłem biec do wsi. Po około 200 metrach padłem na ziemię. Leżąc, obserwowałem okolicę. Panował spokój, paliły się tylko niektóre zabudowania i wyły psy. Po chwili dobiegł do mnie Paweł. Odpoczęliśmy chwile i chyłkiem pobiegłem aż pod zabudowania. Z bijącym jak młot sercem nadsłuchiwałem. Nic, grobowa cisza. Tylko trzask ognia i spadające opalone bale. Wstałem, oparłem się plecami o ścianę stodoły i machnąłem ręką w kierunku Pawła. Poderwał się i przybiegł do mnie. Postanowiliśmy wejść do wsi i rozejrzeć się spotkać mieliśmy się ?. Uścisnęliśmy sobie ręce,
      Szliśmy koło ścian i płotów, bacznie nasłuchując i rozglądając się. Szczęśliwie dotarliśmy do rowu. Przykucnęliśmy w nim i zaczęliśmy obserwować wzdłuż wsi i poza budynkami, czy ktoś się tam nie kręci. Nie było widać nikogo, tylko niektóre budynki dopalały się, na drodze leżało parę trupów, a psy żałośnie wyły. Postanowiliśmy wrócić do kobiety, wziąć dzieci i uciekać razem do Jagodzina.
      Wyskoczyliśmy szybko z rowu i pochyleni szybko biegliśmy koło zabudowań w kierunku Borku. Kobieta tak się ukryła, że musieliśmy ją po cichu wołać. Po odszukaniu poszliśmy w kierunku Jagodzina. Kiedy minęliśmy wieś i zbliżyliśmy się do łąki zwanej Brzeziną, ujrzeliśmy mężczyznę idącego w naszym kierunku. Był jeszcze daleko. Stanęliśmy jak wryci i pomyśleliśmy, że to może bulbowiec. Mieliśmy już uciekać, gdy zaczął nam dawać znaki ręką i zawołał, żeby się go nie bać. Ruszyliśmy pomału w jego stronę. Gdy zbliżyliśmy się do siebie, poznałem, że był to Józef Muzyka, mój sąsiad. Dopytywał się o swoją żonę i dzieci, których ukrył w lochu po ziemniakach i zamaskował, a sam czołgając się do swej kolonii położonej koło Strycharza, cudem ocalał. Powiedziałem, że nie ma po co iść, bo zostali zabici przez Ukraińców. Widziałem ich na placu szkolnym, w kościele i na polanie pod Sokołem. Jego żona była z córką Grażyną i synkiem. Kiedy to wszystko usłyszał, wziął twarz w dłonie i zaczął głośno płakać, a my razem z nim. Po krótkiej chwili uspokoił się, spojrzał na mnie i powiedział: "Oleś, twój ojciec żyje i stryj Łukasz z żoną i dziećmi: Felkiem, Antkiem i Jankiem. Pół godziny temu rozmawiałem z nimi. Poszli do Jagodzina".
      Nagle zobaczyliśmy, że od strony dworu Konczewskich jedzie kilka furmanek, a obok nich idzie sporo mężczyzn. Już mieliśmy uciekać, gdy Muzyka powiedział, że to Polacy z Jagodzina jadą do Ostrówek. Chwilę popatrzyliśmy na nich i poszliśmy razem do Jagodzina, gdzie spotkałem swoich najbliższych.
      Wieczorem przyjechali z Ostrówek ludzie z samoobrony (z Jagodzina i Rymacz) i przywieźli spod Sokoła żonę Kality i mamę Pawła. Obie były trafione w szyję. Kule wyszły ustami. W chwili zabieraniaz polany jeszcze żyły, ale w drodze zmarły. Przywieźli także chłopca, którego wyciągnęli z rowu. Był uderzony siekierą.
      Następnego dnia rano, wspólnie z grupą Polaków ocalałych z rzezi, próbowałem wsiąść do węglarek pociągu jadącego do Dorohuska. Zostaliśmy jednak odpędzeni przez Niemców. Jeden z polskich kolejarzy podszedł do nas i kazał nam iść wzdłuż torów w kierunku mostu na Bugu. Obiecał, że odjedzie od stacji kilka kilometrów i zatrzyma pociąg. Mieliśmy wtedy wszyscy wsiąść do niego. Tak też się stało. Po pewnym czasie szczęśliwie dojechaliśmy do Dorohuska.

--------------------------------------------------------------------------
Wołyński Testament
Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej
                                  Lublin 1997
---------------------------------------------------------------------------

E W L A C J E   Ś W I A D K Ó W


Henryk Kloc Irena Kozłowska Aleksander Pradun Fotografie


Strona startowa

CYBERTECH
www.cybertech.prv.pl