Relacja Ireny Kozłowskiej

      Dzieciaki tak tulą się do nas, że nie można już na nie patrzeć, inne dzieci płaczą, krzyczą, a nasze spokojne. Już mężczyzn jest coraz mniej, Lolo (Leon) chce iść, nie puszczam go, prosi mnie, bym go puściła, przecież zaraz będziemy razem, przecież 5 minut nie robi różnicy. No wreszcie i on musi odejść, żegna się z nami, dzieciaki zaczynają płakać, tulą się, proszą: "Tatusiu nie idź", on ze stoickim spokojem patrzy na nas, płaczę, więc prosi mnie "Irel (Irena) nie płacz, przecież za chwilę będziemy wszyscy razem już na zawsze". Nie mogę się opanować. Pożegnał się i wyszedł, 4 bandytów ukraińskich wyprowadziło ich.
      Serce rozdziera ból, dzieci płaczą i proszą, by iść do tatusia, "Chodźmy do domku", uspokajam mówiąc, że pójdziemy już na zawsze do swojego domku. Już wyprowadzają kobiety z dziećmi. Ja się ociągam, wiem, że pójść będę musiała, ale jeszcze trochę. Modlę się z dziećmi i proszę o lekką śmierć. Jest już nas z 50 osób. Słyszę, wpada granat zapalający, drzwi do klasy zamykają, widzę szkołę obłożoną słomą, ogień, wpada drugi i trzeci granat, kładę dzieciaki pod ławkę, sama ich sobą okrywam, straszny dym, zaczynam się dusić, Janeczek wybiega, nie chce leżeć, biega po klasie, już parę trupów leży, biegnie do drzwi, tu ogień bucha, chwytam go, ucieka za ludźmi, którzy szukają ratunku, wpada do drugiej klasy, tam ogień jeszcze większy i ginie mi w płomieniach. Już brak mi sił, męka tego dziecka wyprowadza mnie z równowagi - ginie już druga droga osoba tak ciężką śmiercią. Już nic nie widzę, dym czarny gryzie i dusi, wtem wyglądam przez drugie okno, nie ma nikogo, chwytam dzieci, wysadzam przez okno i ukrywam się pod płotem w bzie. Tu iskry padają i parzą mnie, ale to nic, ratować tylko tych dwoje i siebie.
      Wtem wpada jakaś kobieta, też pada koło nas, za nią opryszki ukraińskie - znaleźli nas, wyprowadzają, prowadzą. Doprowadzili nas do dróg rozstajnych, tu pod krzyżem, który stał przy uliczce naszego domu. Pada strzał, upadłam za strachu, zostaje zabita jakaś kobieta, drugi - Haneczka pada mi na ręce, czaszka się rozpryskuje, oblewa mnie krwią. Andrzejek woła - "Mamusiu" i pada mi na plecy, ginie, krew jego oblewa mnie, czuję jak ścieka, czekam, kiedy mnie trafi, padają strzały, lecz w innych, już nie straszna mi śmierć od kuli. Zalega cisza, wracają, stoją nad nami i mówią tak o mnie: "Ot dumała, szczo nam wtecze, swołocz, dumała szczo bude Polszcza, ot maje wże Polszczu" (Myślała, że nam ucieknie, drań, myślała, że będzie Polska, otóż ma już Polskę).
      Przylgnęłam do ziemi, zaparłam oddech i czekam. Odeszli, długo leżę, ze dwie godziny, cisza, podnoszę głowę, patrzę na swe dzieci, uderzyłam głową o ziemię, zawyłam nieludzkim głosem i postanowiłam nie ruszać się stąd. Brak mi sił, brak mi myśli, pragnę śmierci. Leżąc doszłam do wniosku, że jestem żywa, że tu leżeć nie mogę. Oglądnęłam się, wycałowałam tę biedną Haneczkę z czaszką rozpłataną i Andrzejka, też takiego samego, i popełzłam znów w ogród. Chcę wrócić do dzieci, zagrzebać je, lecz czym, nie mam sił. Chcę jeszcze zobaczyć drogiego Leonka, on taką straszną śmiercią zginął, ale tam trochę za daleko, jeszcze się tam kręcą. Biorę na odwagę i pełznę w pola, tu spotykam gospodynię. Pełzniemy, spotykam tak osiem osób, ale nikogo z inteligencji - wszystko zginęło, na osiemset osób ja jedna ocalałam z tej szkoły. Tak pełzłam osiem kilometrów do polskiej wsi (do Jagodzina).
[...]

R E L A C J E   Ś W I A D K Ó W


Henryk Kloc Irena Kozłowska Aleksander Pradun Fotografie


Strona startowa

CYBERTECH
www.cybertech.prv.pl