Relacja Henryka Kloca

 

      29 sierpnia 1943 r. nie pasłem krów, bo wyręczyła mnie w tym moja mama.
Wraz z kolegami: Jankiem Hajdamaczukiem, Tadkiem Jesionkiem, Cześkiem Ulewiczem, Mrcinkiem Pogorzelskim i Wickiem "Baniukiem" udałem się na niedzielną wycieczkę. Jak się później okazało, był to nasz ostatni przyjacielski rajd. Żaden z moich kolegów nie ocalał, wszyscy zginęli w czasie rzezi. Mieli zaledwie po 13 lat.
      Wieczorem 29 sierpnia wszyscy mieszkańcy Woli Ostrowieckiej po raz pierwszy nie poszli spać. Doszły do nas niepokojące wieści, iż w sąsiadujących z nami wsiach ukraińskich zgromadziły się tłumy Ukraińców oszalałych z nienawiści, którzy wznosili okrzyki: "Hejże na Lachiw, budem ich rezaty".
      Oddziały samoobrony wystawiły czujki w różnych punktach wioski, które miały za zadanie obserwować ruchy bojówek ukraińskich. Wszyscy mieszkańcy w każdej chwili byli gotowi opuścić rodzinną ziemię, jeśliby zauważono Ukraińców.
      Noc, pełna grozy i oczekiwania najgorszego miała się ku końcowi. Gwiazdy na niebie zaczęły blednąć i wstawał świt. I właśnie wtedy od północno-wschodniej strony, na tle porannej zorzy, wyłonił się zwarty tłum Ukraińców. Zmierzali gościńcem od Sokoła w kierunku południowo-zachodnim do ukraińskiej wsi Przekruka. Dowódcy samoobrony zaczęli się zastanawiać, co mają zrobić. Czy przywitać hordy Ukraińców ogniem kilku sztuk broni, czy też pozwolić im maszerować. Postanowiono ściągnąć posterunki, a dowódcy i młodzież ukryli się w zamaskowanych schronach, czekając na dalszy przebieg zdarzeń. Tymczasem Ukraińcy dokonali niespodziewanego manewru. Z zaskoczenia weszli do wsi od strony zachodniej. Były to oddziały zwarte, uzbrojone w broń maszynową i karabiny.
      Na horyzoncie wyłoniła się czerwona kula słoneczna, która jakby zapowiadała krwawe żniwo, mające się dokonać za kilka godzin. Tymczasem bojówkarze ukraińscy wkraczający do wsi zachowywali się nadzwyczaj spokojnie, a do Polaków odnosili się życzliwie. Dzieci częstowali nawet cukierkami. Byliśmy zdziwieni i zaskoczeni ich stosunkiem do nas. Pamiętam, że podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogłaskał po głowie i zapytał się, jak się nazywam, ile mam lat i gdzie mieszkam.
      Kiedy słońce wytoczyło się na sklepienie niebieskie, we wsi rozpoczął się normalny ruch, ale żaden pastuch nie wypędził krów na pastwisko ani żaden gospodarz nie wyjechał w pole do pracy. Czuć było w powietrzu jakąś grozę.
      Około godziny 8 rano dały się słyszeć głosy ukraińskich bojówkarzy, wzywające mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat na zebranie, które miało się odbyć na placu szkolnym. Równocześnie zaczęli przeczesywać każdy dom i zabudowania gospodarcze, szukając ukrytych ludzi.
      Budynek szkolny stał tuż przy trakcie. Od strony wschodniej biegła główna droga wiejska, którą od zachodu przecinał pod kątem prostym trakt skręcający w kierunku południowo-zachodnim. Szkoła była drewniana, kryta gontem. Składała się z izb lekcyjnych i mieszkania dla nauczycieli (pokój z kuchnią). Od strony głównej drogi był ogródek, a od strony wsi boisko szkolne, na którego brzegu rósł sędziwy dąb.
      Kiedy prawie wszyscy mężczyźni znaleźli się na szkolnym boisku, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców. Między godziną 10 a 11 do zebranych przemówił watażka hord ukraińskich. Swoją mowę wygłosił po ukraińsku. Oświadczył, iż pragną razem z Polakami walczyć przeciwko Niemcom. Przybyli do naszej wioski, by dokonać naboru mężczyzn, których następnie uzbroją i poprowadzą do wspólnej walki z wrogiem. Mówił tak porywająco i przekonywująco, jak to czynili w 1939 r. sowieccy politrucy, iż niektórzy ze słuchających uwierzyli w jego słowne zapewnienia. Następnie powiedział, że będą brać po 6 mężczyzn na badania lekarskie i sprawnościowe, a zdrowych umundurują, uzbroją i utworzą oddziały polskie obok ukraińskich.
      W tym czasie tłuszcza Ukraińców uzbrojona w kosy, siekiery, widły i inne narzędzia zbrodni wykopała przy stodole (dwuklepiskowej) gospodarza Strażyca rów, do którego wrzucali później ciała zarąbanych siekierami i przebitych widłami i kosami mężczyzn, kobiet, dzieci i starców.
      Nikt z nas Polaków nie wiedział, co szykują dla nas bandyci spod znaku Bandery i Bulby. Uzbrojeni mordercy odprowadzali po 6 mężczyzn w pewnym odstępie czasu w nieznanym kierunku. Gdy na boisku pozostały tylko kobiety, dzieci i starcy, Ukraińcy siłą wpędzili ich do szkoły. Następnie, podobnie jak to czynili wcześniej z mężczyznami, wyprowadzali po kilkanaście osób i prowadzili w sobie znane miejsce. Czekając na swoją kolejkę, wiedzieliśmy, że zostaniemy za chwilkę zamordowani. Dlatego wyznawaliśmy sobie wszystkie przewinienia i grzechy. Matki zaś udzielały dzieciom rozgrzeszenia. Następnie rozpoczęliśmy odmawianie Różańca do Najświętszej Marii Panny, prosząc ją, aby dała nam lekką śmierć. Kiedy skończyliśmy odmawiać drugą, bolesną część Różańca, matka wręczyła nam święte obrazki. Ja otrzymałem wizerunek Anioła Stróża, który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje dzieci. I rzeczywiście przeprowadził mnie przez śmierć do życia, abym mógł zdać sprawę ze zbrodni, jakiej dokonali na Polakach sfanatyzowani Ukraińcy.
      Zapanowała chwila ciszy. Czekaliśmy na swoją kolejkę, by udać się na śmierć. Zostało nas około 100 osób. Do stojących przy drzwiach morderców uzbrojonych w pistolety maszynowe podeszła Maria Giec, matka trojga dzieci i odezwała się do nich: "Patrzcie, została nas mała garstka. Pozwólcie nam żyć. Wiemy, że wyprowadzonych przed nami zamordowaliście. Darujcie nam życie. Spójrzcie na nasze dzieci, są niewinne, ich oczy błagają o litość. Miejcie więc litość dla nich". Wtedy jeden z oprawców odpowiedział: "Polacy, my was wszystkich wyrżniemy, a domy wasze spalimy. Nic nie zostanie po was". W odpowiedzi na okrutne słowa bulbowca ta sama kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwo: "Bądźcie przeklęci po wsze czasy. Niech krew naszych niewinnych dzieci spadnie na was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki."
      Około południa po raz pierwszy dały się słyszeć strzały z broni maszynowej. Dobiegały z południowej strony wsi. Wśród Ukraińców powstał popłoch i dezorientacja. Gwałtownie zamknęli drzwi do szkoły i wybiegli na zewnątrz budynku. Odetchnęliśmy z ulgą, bo wydawało nam się, że mordercy w popłochu uciekną. Wtem do wnętrza izb lekcyjnych, gdzie byliśmy zgromadzeni, Ukraińcy zaczęli wrzucać granaty i strzelać z broni maszynowej. Wielu z moich współrodaków zostało zabitych. Jednocześnie rozległy się jęki rannych, płacz dzieci i krzyk matek. Znaleźliśmy się jakby w kręgu piekielnych czeluści. Na domiar złego, bulbowcy podpalili budynek, który płonął jak pochodnia.
      Leżałem na podłodze obok sąsiadki "Bahmaniczki". Nagle rozległ się huk granatu. Krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku. Podczołgałem się do mojej młodszej siostry Anny. Dotknąłem jej, nie żyła. Została trafiona w głowę. Kula wyrwała duży otwór w czaszce. Otępiałem z wrażenia. Podniosłem głowę i ujrzałem krwawiącą matkę. Jeszcze żyła. Podczołgałem się do niej i przytuliłem się po raz ostatni. To ona ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko Bóg miał mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Matka nie mogła się poruszać. Granat rozszarpał jej stopy. Po podpaleniu szkoły przez Ukraińców spłonęła żywcem.
      Po chwili znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze leżały strzępy ludzkich ciał i było bardzo dużo krwi. Mieszkał tu nauczyciel Andrzej Babirecki z żoną Marią i 21 - letnim synem. Wszyscy troje zostali zamordowani przez Ukraińców.
      Budynek szkolny palił się. Dym i płomienie wypełniały jego wnętrze. Zacząłem się krztusić. Stopniowo robiło się coraz bardziej gorąco. Bałem się ogromnie, że mogę spłonąć żywcem. W każdej chwili strop mógł się zawalić i przydusić mnie. Postanowiłem wyskoczyć przez okno. Nasi strażnicy śmierci czuwali. Rozległ się strzał, poczułem silny ból i upadłem. Zostałem trafiony w czoło. Zacząłem czołgać się jak najdalej od płonącego budynku. Aby uchronić się od żaru bijącego od zgliszcz, położyłem się twarzą do ziemi. W ogródku było pełno trupów i rannych. Cierpiący błagali oprawców, aby ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasją pastwili się nad rannymi, zadając im dodatkowy ból.
      Ukraińcy trzykrotnie przewracali mnie i kopali, lecz nie zorientowali się, że żyję. Obok mnie leżała Maria Jesionek. Była matką trojga dzieci: Janka (8 lat), Andrzeja (5 lat) i 8 - miesięcznego niemowlęcia. Ona także wyskoczyła wraz z synami przez okno z płonącego budynku. Trafiona kulą leżała martwa. Padając, przygniotła niemowlę i udusiła je swoim ciężarem. Jej syn Janek również został zastrzelony. Leżał obok z przestrzeloną głową. Zaś Andrzejek siedział przy martwej matce, szarpał ją i wołał: "Mamo wstań, chce mi się jeść. Nie udawaj. Chodźmy do domu, bo się boję". Coraz głośniej skarżył się i płakał. I wtedy podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i oddał strzał. Chłopiec głośno krzyknął: "Mamo ratuj!" i już nie żył. Przewrócił się na plecy matki, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie i oddał Bogu swego ducha.
      Kiedy jedna z grup Ukraińców mordowała mieszkańców mojej wioski, inna wdarła się do opustoszałych domów, rabując inwentarz żywy i martwy. A kiedy zagrabili całe mienie, podpalili domy i zabudowania gospodarcze.
      Z płonącego budynku szkolnego buchał okropny żar. Postanowiłem odczołgać się przynajmniej o metr od ognia. Poruszyłem się i wtedy rozległ się strzał. Poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Przez chwilę pomyślałem sobie, że zbliża się koniec mojej udręki, że za chwilę przyjdzie mi umrzeć. Ale Bóg, jak widać, chciał zachować mnie przy życiu, abym jako naoczny świadek zdał relację ze zbrodni, jakiej dopuścili się Ukraińcy na Polakach.
      Pożar dogasał. Z budynku pozostały tylko zgliszcza, które żarzyły się. Jęki rannych ucichły. Nad pobojowiskiem krążył zwiadowczy samolot. Odważyłem się podnieść głowę. W pobliżu nikogo nie było. Dźwignąłem się z trudem. Wyglądałem strasznie, byłem cały pomazany zakrzepłą krwią. Poparzone stopy pokryte były pęcherzami. Nie mogłem chodzić. Zdjąłem koszulę, podarłem je na onuce i owinąłem nimi obolałe nogi. Spojrzałem na leżące obok mnie trupy. Z większości oprawcy zdarli ubranie i buty. Tuż obok dogasającego budynku rozpoznałem głowę mojej starszej siostry Antoniny, której tułów został spalony na węgiel.
      Mimo bólu stóp zacząłem uciekać. Chciało mi się pić. Tuż przy domu Strażyca znajdowała się studnia. Zbliżyłem się do niej i chciałem zaczerpnąć wody, aby ugasić pragnienie. Studnia była pełna trupów. Pokuśtykałem więc na podwórze Strażyca w poszukiwaniu wody. Zbliżyłem się do stodoły. Wrota były otwarte. Tego, co zobaczyłem, nie sposób wyrazić. Tuż za klepiskiem leżeli zabici ludzie - mężczyźni, kobiety i dzieci. Z głębi rowu wydobywały się jeszcze jęki konających.
      Słońce schowało się za ścianą lasu, ja zaś pokuśtykałem polną dróżką do brogu, który stał na polu. Wdrapałem się po drabinie na górę. Byłem głodny, obolały, spragniony, a ponadto panicznie bałem się żywego człowieka.

R E L A C J E   Ś W I A D K Ó W


Henryk Kloc Irena Kozłowska Aleksander Pradun Fotografie


Strona startowa

CYBERTECH
www.cybertech.prv.pl